Szukaj na tym blogu

niedziela, 23 stycznia 2011

Ocierając się (czasem) o poezję...

Zupełnie nic nie potrafię. Nie umiem też nic prawie
Nie znam się na poezji ani też wcale na sztuce współczesnej, czy tej dawnej - ponoć starej, na której ktoś umie robić niezłą kasę zwaną potocznie szmalec

Muzyka. Owszem, zwłaszcza ta współczesna po północy troszkę kiedy z baru naprzeciwko wychodzą nocne Marki i poranne Judasze.
Zupełnie nic nie potrafię. Nie umiem też nic prawie
Nie znam się na poezji ani też wcale na sztuce współczesnej, czy tej dawnej - ponoć starej, na której ktoś umie robić niezłą kasę zwaną potocznie szmalec

Muzyka. Owszem, zwłaszcza ta współczesna po północy troszkę kiedy z baru naprzeciwko wychodzą nocne Marki i poranne Judasze. Dlaczego nocne i skąd te Judasze?
Rano skoro świt zaczepiają już (wciąż jeszcze się zataczając) tych co w nocy spali – te gościu - zachrypnięty z głębi spalonych trunkami trzewi wydobywają głos: poczęstuj fajką, do flaszki dorzuć - a może wypijemy razem w parku, nikt się nie dowie...

A pfe - czemuż to mnie los dotknął napotkanym nocnym Markiem, porannym Judaszem? – mruczy do siebie zaczepiony nad ranem (a może nim byłeś ty przechodniu?) i odchodzi w pośpiechu, znika za kolejnym rogiem ginie w fabrycznej bramie

Tak, zupełnie nic nie potrafię. Nawet narzekać nie umiem, że za oknem deszcz, a w domu ciepło - a ja wyjść pomimo tego muszę

Na modzie się nie znam i na przyrodzie też. Po mordzie nikogo nalać nie potrafię choć nieraz bym chciał
Zupełnie nie znam się na kwiatach i ptakach, z gwiazd czytać nie umiem i wróżyć z kart

Stoję przez chwilę przy ogłoszeniowym słupie, beznamiętnie patrzę na obskurny plakat: Stowarzyszenie Wolnych od Myśli organizuje pieszy rajd...

Turyści, myślę i otwieram czarny parasol aby ochraniał mnie przed stertą wyuzdanych bzdur: na śniadanie pożądanie na kolację błogi sen

Od niechcenia (jak co rano) przemierzam Aleję Sławnych (w mym mieście) Dziur

sobota, 11 grudnia 2010

W odpowiedzi Panu Bogu

nie obwiniam za obfitość rogu
za wszystkie szczęśliwe chwile
za miejsca które ujrzeć mogłem
za gwar wieży babel
nie obwiniam za rozwiązłość
kobiet spotkanych na drodze
za ich śmiech i taniec bioder
nie obwiniam
za szare puste dni ciśnięty
w kąt i chorobę
za śmierć mojego syna
nie obwiniaj
że modlitwa żarliwa nie dla mnie
że popiołu na głowie nie noszę
że doczesność była mi bliższa
niż miejsce za piecem u Ciebie

piątek, 10 grudnia 2010

Polska, to piękny kraj...

Wszystko jest kolorowe i wygląda zachęcająco, nęci. Opakowane w gustowne świąteczne przybranie, korci.
Otwierasz rano telewizor, aby dowiedzieć się co w kraju, a co na świecie - chcesz wiedzieć, czy nas wydymali ruskie, czy w jajo zrobili amerykańce - i zanim trafisz na program wpierw trafiasz na blok reklamowy.
Już dobrze wiesz, że wszelakie próby ominięcia reklam w telewizorni spełzną na niczym: wszystkie stacje dogadały się w kwestii reklam - działają korporacyjne!

Mając tę wiedzę nie latasz, jak ten głupi, tylko spokojnie oglądasz to, co podsuwają pod sam nos.
A trzeba dodać, że to prawdziwe specyfiki i wszystko prawie za friko.

Weźmy na to taki kredyt.
Bierzesz 10 tysięcy, a rata wynosi - Uwaga! tylko 230 złociszy miesięcznie! Niewiele prawda?
To nic, że oprocentowanie ociera się o lichwę i z prostego wyliczenia wynosi 23% plus koszty obsługi kredytu, dla proponowanej kwoty, to ponad jeden tysiąc!
Ale, ładnie opakowane i dobrze zrobiona setka reklamy produktu zostanie zapamiętana przez potencjalnego Kowalskiego, że rata miesięczna to tylko 230 złotych.

Patrzysz dalej i zanim zdążysz dowiedzieć się, ile osób zamarzło tej jesieni, po pierwszym ataku zimy - z magicznego ekranu płyną dalsze tylko, kolejne prawie i jedynie.

Reklama sieci sklepów dla idiotów oferując swoje produkty (wszystko jest tobie akurat potrzebne i jak nic nadaje się jako prezent pod choinkę) zapewnia cię, że to i tamto kosztuje prawie nic, a raty wynoszą aż zero złotych.
Czyż nie jest to okazja?

Nastrojony dobrą wieścią i naładowany pozytywną energią płynącą z rodzinnego ogłupiacza zbierasz się w sobie i ruszasz na przedświąteczne łowy, a mając gwarancję, że towary dowiozą ci do domu, nie musisz nawet ruszać swojego auta.
Tak nastrojony bierzesz kredyt, bo co jak co ale kasa się przyda, kupujesz na raty za zero złotych nową plazmę, pralkę, ekspres do kawy - a co niech rodzinka wie, że cię stać!. Do kompletu pozwolisz sobie jeszcze na odrobinę fantazji i kupujesz kamerę, aby to wszystko szczęśliwie uwiecznić.

Po ciężkim dniu rozsiadasz się wreszcie wygodnie w fotelu ze skóry - też okazja, akurat obniżyli kwotę rat na zero złotych! - i w poczuciu wypełnionej misji rodzinnego mikołaja otwierasz szampana.

Po jakimś czasie czar pryska. Okazuje się bowiem, że czas szybko leci i te wszystkie: okazje; jedynie i tylko prawie nic nie kosztują. Na naprędce zrobiony słupek z rat, które trzeba zapłacić we wskazanych terminach sięgają 3/4 twoich zarobków! A gdzie opłata za czynsz, za energię, gaz, wodę i wywóz nieczystości? A gdzie życie? Sielanka pryska i ucieka szampański nastrój.
Aby spłacić część kredytów, zadłużasz się w złodziejskiej korporacji "Providenta", który co prawda do domu przyniesie ci gotówkę - tak, jak na reklamie w telewizji - ale z każdej pożyczonej złotówki, będzie żądał prawie sześćdziesiąt groszy więcej.

Ale nie jest tak źle, zawsze możesz wygrać - wystarczy tylko wysłać sms! - a pieniądze, lub nagrody rzeczowe, trafią prościuteńko do ciebie.
Wysyłasz, płacisz podatek od naiwności.

Nigdzie indziej w Europie, tylko w tym "dzikim kraju" wciąż można reklamować lichwę i specyfiki farmaceutyczne - leki na to i na tamto.

Polska, to piękny kraj... doprawdy.

piątek, 3 grudnia 2010

Wybacz

że nie zostanę tu jeszcze
że nie zagrzeję miejsca już dłużej
że nie usiądę przy stole i nie oprę
się wygodnie w krześle
wybacz
los źle rozpisał mi role życie
przygniotło za ciasno zrobiło się
wokół nie starcza mi sił na oddech
już czas odejść – ty nie płacz


Niekiedy się wzruszam, jak potrafi się wzruszyć wrażliwy człowiek, kiedy zauważa lub słyszy coś niezwykłego: czasami może to być nieporadny mały berbeć, innym razem zjawiskowa postać, a kiedy indziej uroczy pejzaż.
Wzrusza mnie: płacz dziecka; widok bezbronnego człowieka; anonimowa szczodrość i hojność bliźniego.
Bywa i tak, że zastanawiam się nad tym, jak bardzo nie pasuję to tego świata, w którym jest tyle mniej pięknych rzeczy i tyle brudnych spraw.
Wtedy zazwyczaj dopada mnie zwątpienie i dziwna nieporadność – zapadam się w sobie, zatrzaskuję na codzienność i wyławiam to, co pozwoli mi na chwilę zapomnieć, odetchnąć: nie wiem na ile oddechów i uderzeń serca zostałem zaprogramowany...



roz(g)rywki w lidze umarlaków

na stole kości
zostały rzucone
dwie dwójki i trzy
szóstki wypadły
od stołu odchodzi
wygrany

na stole
pod nożem chirurga
on trzyma się
życia kurczowo
na krzesłach przed salą
ściskają różańce
jeszcze nie wdowa
i jeszcze kochanka

gra wokół się toczy

pod stołem
śmierć tasuje karty

poniedziałek, 29 listopada 2010

Blues w kolorze sepii

Spogląda na zdjęcia
wydobyte z czeluści komody
- miała takie niebieskie oczy
niczym chabry które wyblakły
na wietrze

Już dawno przeminął dźwięk bluesa
tego czarnego jak kawa marago
lub tabliczka czekolady z Baltony
którą zlizywał z jej ciała

Na gramofon zakłada winylową płytę
nastawia na 33 obroty
słucha Raya Charlesa
i Thomasa Dorsey'a

Odwracam kartkę albumu
zamyślam się w jej opowieści

niedziela, 28 listopada 2010

Tekst do nieistniejącej osoby, albo do alter_ego

jest wcześnie rano, słońce tak pięknie wschodzi,
piję kawę i myślę o tym, co chciałem napisać wczoraj,
a w zasadzie, to zaledwie kilka godzin temu.
i wiesz – uznałem, że to mało ważne, że takie błahe, banalne,
prawie małostkowe. tak, tylko to prawie wkradło się znowu.
miałem już prawie gotowy tekst, który chciałem zamieścić na swoim blogu.
swój blog.

no nie! jakie to pretensjonalne, ocierające się o prze_dziwną manię:
pomyślę, zanotuję i opublikuję drukiem, w tej czeluści jaką jest internet

tia, nie raz trudem było odszukać kogoś ze znajomych w internacie
lub akademiku, a co dopiero zostać na_trafionym w necie.
no, ale tak było.
miałem, już to prawie w zasięgu pióra, a wtem...

wszystko spieprzył mi ten historyk - spec od kuchni, jak mu tam?
a, już wiem – Robert M..
zaczął czytać tę swoją książkę.
i wcale nie była to książka kucharska! tytułu niestety nie pamiętam,
ale, nie o tytuł tutaj chodzi: tak mi zamotał swoimi tekstami w głowie,
że tereny Szwajcarii, po których serpentynach akurat się wiłem,
wydały mi się nie do końca tak piękne.
no i szlag trafił ten mój genialny tekst!
w zderzeniu z tym, co ten kucharz, podróżnik raczył był opisać.
gębę rozdziawiłem, aż mi dech zaparło i zadyszałem się,
zupełnie jakbym to ja pod tę górę samochód pchał, a nie go prowadził.

jest wcześnie rano, dopijam swoją kawę i już wiem,
że nie warto pisać tekstów prawie doskonałych,
lepiej czytać innych, lub ich odsłuchiwać na audiobooku.
a Szwajcaria? jest piękna, no i taka nasza, kaszubska.

środa, 24 listopada 2010

a wiesz, że

najgorszy to ten pośpiech jest
ta nadmierna chciwość
łapanie czasu na siłę
kiedy wydaje się tobie
że te słowa to poezja już prawdziwa
nie czekasz ani chwil dłużej
wrzucasz

a na portalu tłumu dziś nie ma
i oczekiwanych brak zachwytów

rozczarowanie więc jednak
Stachura minął się z prawdą był
że wszystko jest poezją:
chwycony slogan z plakatu
ze ściany zdjęty bon mot
wymiana zdań przed blokiem
i takie tam sam wiesz co

mijają chwile mija czas
tik tak tik tak
i nie ma tłoku i nie ma szału
ręka zaś więdnie
sztywnieje kark
nikt dziś tak jakoś nie bije braw
i nie chce autografu

zostajesz sam w rozkroku myśli
a może prozą by zająć się
szepcze twa próżność rozczłapana

tik tak tik tik tik

uwiąd poezji na stronie Krzysia

niedziela, 21 listopada 2010

Przed podróżą

wczoraj wziąłem udział w spotkaniu przyszłych poetów
- ilu z nich uda się tak naprawdę?
zawinąłem w przystani portu
na czytanie wierszy dwóch nowych poetek
i jak zawsze dobrej Marty Podgórniak
w jej ustach kurwa ma szczególny wymiar
w jej poetyce jest jak przecinek lub podkreślenie w przydługim wersie
a o czym pisze? warto poczytać

piątek, 19 listopada 2010

Przed ciszą wyb(i)orczą

Już dawno wypadłem z tzw obiegu rozmów o polityce. Dziś już dokładnie nie pamiętam, kiedy ostatnio zajmowałem głos w tym temacie - a przyznać muszę, że kiedyś (2003-2008) sporo stron zapisałem w przestrzeni binarnej netu; sporo miejsca zapełniałem w gazetach. Jakiś czas temu uznałem, że tematy polityczne są dobre dla gadających głów i jakoś rozmowy o polityce, nie wiadomo czemu, kojarzą mi się z przedstawieniami Mrożka.

Przede mną leży niewielka sterta gazet: 29 wydań tygodnika (plus kilka wydań specjacjach), którego byłem wydawcą i naczelnym zarazem.
W tamtym czasie po drodze były wybory samorządowe i te jak najbardziej partyjniackie, w których z kretesem przegrała "liga zawodowców czerwonych baronów"; do władzy doszło PiS i po dupie dostał rudy lis, który potem jednak wygrał i rządzi dziś krajem nic nie robiąc. I zdaje się, że porządzi jeszcze czas jakiś, chyba, że zmiecie tę lisią ferajnę kryzys sprytnie zamieciony pod dywan - a muszę przyznać, że wiele znaków na ziemi na to wskazuje.

Wracając do gazet. Wtedy pisałem o tym co piszą dziś i z tej perspektywy zauważam, ze tak naprawdę nic się nie zmieniło. W tamtych latach pisałem o "układzie wrocławskim" jaki pcha się do władzy, pisałem o tym jak niejaki, już były, minister od dziwnej sprawiedliwości wywodzący się dolnego śląska balował w rezydencji "Baraniny" z innymi osobistościami świata polityki i biznesu.
Pisałem o tym zawartym cichym porozumieniu przez PO i SLD przed wyborami parlamentarnymi, o których wspomniałem wyżej.
Pisałem o przecinających się zależnościach w światku polskiego biznesu, który przy pomocy mediów kreuje właściwą politykę.
isałem o dziwolągach i kłamstwach w polskim MSZ; niech no tylko mi będzie wolno przypomnieć niejakiego G. Jopkiewicza, vice konsula w Sydney: http://www.kontrateksty.pl/index.php?act... www.kontrateksty.pl/index.php

"Kontrateksty" otrzymały odpowiedź z MSZ, którą można przeczytać tutaj: http://www.kontrateksty.pl/index.php?act...

Tamta sprawa została "zamknięta" przedziwnym, nagłym zniknięciem Jacka Giebartowskiego, który w listach do mnie pisał, że boi się o swoje życie.
W naszej ostatniej rozmowie telefonicznej usłyszałem, że dopadli jego syna, który nie wiadomo dlaczego trafił do wariatkowa, gdzie amputowali mu obydwie stopy!! Po telefonie do mnie szedł do syna w odwiedziny. Nigdy więcej nie napisał i nigdy więcej nie usłyszałem jego głosu; paszportu też nie odebrał. Słuch po nim zaginął.
A G.J. jak mijał się z prawdą wtedy, tak plącze dziś dalej, z tą różnicą że nie w Sydney, a w Warszawie - mijał się z prawdą w sprawie tragicznego lotu polskiej delegacji do Smoleńska, o czym pisała Gazeta Prawna.

Pisałem o wielu innych sprawach, które miały rozmaite zakończenie i różny wydźwięk. W kilku z nich, jak się miało później okazać, ocierałem się o śmierć. Dziennikarstwo i prawo mają podobne cechy - niektórych pytań nie warto zadawać.

Teraz, kiedy spoglądam na to, co było 'wczoraj', a tym, co jest dziś, na mojej twarzy maluje się lekka nutka dekadencji; okazuje się bowiem, że nic się zasadniczo nie zmieniło i nic się nie zmieni, dalej za sznurki pociągają szare eminencje, których nazwisk nie przeczytasz w żadnej gazecie lub czasopiśmie, których twarzy nie ujrzysz w tej, czy innej telewizorni bez względu na to, czy jest to agenturalna walterownia, czy solożownia, czy publiczna z dwoma, a nawet trzema radami zarządu. Patrząc na to wszystko, człeka ogarnia pusty śmiech, kiedy widzi chichot historii, ale bez zbędnego patosu, aby nie popaść w histerię.

Ale to, co wyżej, to tylko jakieś zaledwie wspomnienie, i nie żałuję ani tego co pisałem, ani tego, że już nie piszę.
No bo o czym pisać skoro: nie ma kryzysu; nie ma afer; nie ma koterii i prawo działa wyśmienicie, a krajem dobrze rządzi sfora chytrego lisa.
Nie ma potrzeby i nie ma większego sensu pisać, bo po co dobre psuć.
- Niech się święci pierwszy maja! - chciałoby się zawołać. No, ale do pierwszego jeszcze kawałek drogi przed nami.

Do skreślenie tych kilku zdań, nie tyle zainspirował mnie temat wyborów samorządowych, co obudził we mnie pewien niesmak wywołany marnotrawstwem, jakie zauważam pod postacią nieporządku na klatce schodowej - zwłaszcza w okolicach skrzynek na korespondencję: porozrzucane ulotki małe, średnie i większe; czarno-białe i kolorowe.

Ktoś, kto choć raz próbował zamieścić ogłoszenie w prasie, ktoś kto choć raz zlecił wykonanie wizytówek w drukarni, wie ile dobra się w tych ostatnich dniach marnuje się na naszych ulicach i klatkach schodowych. Dobrze pamiętam początki samorządu i pamiętam jak kandydaci na radnego sami biegali od domu do domu zamieniając po kilka słów z swoim ewentualnym elektoratem.

Wiem, aż tak naiwny nie jestem, inne czasy - inne możliwości, inne wymogi. Tylko, kogo to tak naprawdę obchodzi?
I dlaczego niesmak we mnie budzą hasła wołające o gospodarności zamieszczone na ulotce niemalże wszystkich kandydatów rozdeptywanych przez lokatorów kamienic, którzy skrzętnie opróżniają zawartość swoich skrzynek spuszczając je na posadzki?

A gdyby ten, czy ów skrzyknął kilku jemu podobnie myślących i zamiast dziesiątek kilogramów drogiej makulatury ufundowali, nie wiem - może obiady dla najuboższych dzieci z pobliskiej szkoły i w ten sposób zmniejszyli liczbę z: "co piąte polskie dziecko jest nie dożywione" na chociażby co ósme, to jak znam życie rodzice tych dzieci, ich krewni i znajomi ustawiliby się w kolejce przed lokalem wyborczym, aby swoje głosy oddać na myślących inaczej i nie zmarnować szansy. Inaczej, znaczy - normalnie, po gospodarsku.

Ale, to tylko moje myślenie życzeniowe i długo jeszcze w tym kraju wciąż będzie dobrze, tylko liczba niedożywionych drastycznie się obniży.